Bloog Wirtualna Polska
Są 1 221 982 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ulubione strony

O moim bloogu

Tropimy zakłamanie branży turystycznej. Raportujemy o miejscach, których lepiej unikać. Polecamy, to co nam się w tropikach podoba.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 157911
Wpisy
  • liczba: 78
Bloog istnieje od: 1997 dni
Jeśli chcesz się z nami skontaktować pisza na zdradawtropikach@gmail.com.

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl

Zdjęcia w galeriach.


Powrót w tropiki

niedziela, 27 maja 2012 4:42

 

Piszę te słowa w pociągu, co chwilę kierując wzrok za okno. Mijam soczyście zielone pola ryżowe, wysmukłe palmy, małe domostwa.  Gdzieniegdzie pasą się owce, uparcie wyskubując resztki ziarenek ryżu i nie zdając sobie sprawy, że nieco łamią egzotyczną konwencję. Po wagonie chodzą panie kucharki i zawodzą nazwy potraw, które mają w ofercie. Pachnie apetycznie. Zmierzam do Chumphon, małego miasta na południu Tajlandii. Wróciłem w prawdziwe tropiki. I całkiem mi z tym dobrze.


Podróż zapowiadała się na pechową. I to mimo starannych przygotowań i amuletów, mających mnie uchronić przed wszelkim złem. Pierwszym pechem był wybór linii lotniczej. – Co podać do picia? Zapytała śpiewnie po rosyjsku stewardessa. Szybko ustaliliśmy, że mogę dostać wodę lub sok pomidorowy. Wina na pokładzie brak. Kilka minut później stewardessa pojawiła się ponownie. – Kurczak czy łosoś? – Eee, zamawiałem wegetariańskie, ale pewnie nie ma. – No, nie ma, potwierdziła rezolutnie. To może łosoś? – Niech będzie łosoś, odparłem zrezygnowany przypominając sobie różne wersje kuchni wegańskiej oferowane przez lowcostowe Air Asia. No ale Rosja to przecież nie Azja, a Aeroflot to nie Quatar Airways. Kolejne spotkanie ze stewardessą miało nieco bardziej dramatyczny przebieg. Przechodząc koło mnie zahaczyła wózkiem o fotel. W rezultacie część zawartości dzbanka z kawą znalazła się na mojej koszuli i spodniach. Na szczęście kawa była równie słaba, jak poziom obsługi. A mokrych chusteczek dostałem tyle, jakbym miał przez resztę lotu zajmować się zapewnieniem czystości wrzeszczących trzy rzędy przede mną kilkumiesięcznych bliźniąt. Na deser było chińskie ciasteczko z wróżbą. „Your luck has been completely changed today”. Nie będąc pewnym czy zmiana jest na lepsze czy gorsze, zjadłem ciasteczko i zacząłem się uważniej wsłuchiwać w pracę silników.


Tajlandia nie jest moim ulubionym krajem. Albo może powinienem doprecyzować. Tajowie nie są moją ulubioną nacją. Mamy ze sobą na pieńku od dawna. A dokładniej odkąd jakaś tajska kelnerka podała mi zimnego naleśnika po półgodzinnym oczekiwaniu. No dobrze. Nieco spłycam, ale nie ma sensu rozgrzebywać przeszłości. Rozradowany faktem, że lot z Moskwy dobiegł końca postanowiłem dać Tajom drugą szansę. Już w momencie przekraczania progu samolotowych drzwi wręczono mi darmową kartę SIM. Z opisem po rosyjsku. Minuta rozmowy na rosyjską komórkę 3 bahty, czyli 30 groszy. Hm, może i ci Tajowie są trochę powolni, ale wiedzą jak zaskrabić sobie sympatię turystów. Pięć minut później cała kolejka do kontroli paszportowej wstukiwała kody aktywacyjne swoich nowych kart SIM.


Na centralną stację kolejową, skąd odchodził pociąg na południe, dojechałem szybką kolejką z lotniska. Potem jeszcze kawałek metrem. Peron koleji lotniskowej, która łączy lotnisko z centrum, znajduje się wewnątrz terminalu. Nie da się nie znaleźć i jak ktoś ma ciężkie bagaże, to dojedzie windą pod same drzwi. Do metra schodzi się po schodach w dół. Wszystko świetnie oznakowane. Wszystkie napisy dwujęzyczne. Podobno Okęcie już lada moment będzie się mogło poszczycić podobnym rozwiązaniem komunikacyjnym. Obawiam się, że podobieństwo ograniczy się do użycie słów „lotnisko” i „kolej”. No i może będą informacje w dwóch językach. Np. „po wejściu do pociągu cancel your ticket”. Jeśli wiesz, który ticket w ogóle trzeba kupić, bo z tym chyba też w Warszawie jest problem. W każdym razie trzymam kciuki.


Bilet na pociąg kupiłem przez internet. Obecnie nawet pociągi 3 klasy, (drewniana ławka, okna bez szyb) włączone są do centralnego systemu rezerwacji, który pozwala nabyć bilet na 60 dni przed podróżą. Tutaj już nawet nie trzymam kciuków. Próbowałem coś załatwić przez Internet w PKP. Przeglądarka pogubiła się przy wyborze firmy, ktróra ma mnie przewieść. A życzenie, żeby PKP zrobiło rezerwację na dwa miesiące przed podróżą jest zupełnie niedorzeczne. Przecież w dwa miesiące na pewno zmiani się rozkład jazdy, zastrajkują kolejarze, a w najgorszym razie ktoś rozwiąże całe PKP.


I tak jadę tym pociągiem, cieszę oczy wszelkimi odcieniami zieleni mijanych krajobrazów, dzwonię do przyjaciół w Polsce za 50 groszy za minutę i myślę o swoim szczęściu w kontekście chińskiego ciasteczka. 

 

Azet

 


Podziel się
oceń
641
23

komentarze (44) | dodaj komentarz

Trekking w stanie Szan

niedziela, 01 kwietnia 2012 15:16

Hsipaw w północnym stanie Szan powoli wyrasta na ważną bazę trekkingową w Birmie. To tutaj możesz zobaczyć niezadeptane przez turystów klasztory, tradycyjne wioski i górskie plemiona. Kontakt z przyjaznymi tubylcami jeszcze niezepsutymi masową turystyką to dodatkowy powód, by odwiedzić to miejsce właśnie teraz.

 

 

Do Hsipaw można dotrzeć na kilka sposobów. Najłatwiejszy i najtańszy to pociąg lub autobus z Lashio (stolica północnej części stanu Szan) lub z Mandalay. Ja lecę samolotem z Yangonu do Lashio i kontynuuję samochodem do Hsipaw. Podróż lądowa zajmuje nam mniej niż dwie godziny. Podobno można przejechać w godzinę, ale mój szef naciska na kierowcę, żebyśmy przede wszystkim dojechali cało. Droga jest wąska i wyboista, ruch chaotyczny i niezorganizowany. Miasteczko to urocza, głośna i zdezorganizowana dziura pełna ulicznych sklepów, herbaciarni i restauracji, z których dobiegają kuszące zapachy tradycyjnej kuchni regionu. Po dziurawych drogach gnają motocykliści na starych, chińskich skuterach. Piaskowo-kamienistymi poboczami przemykają piesi w tradycyjnych, lokalnych strojach. Uśmiechy rozdawane na lewo i prawo wracają do mnie ze zdwojoną siłą, często razem z "Hello!", machaniem ręką lub nerwowym chichotem nieśmiałych nastolatek. Wśród mocno lokalnych guesthouse'ów próżno szukać turystycznych hoteli, barów czy restauracji. Wyjątkiem zdaje się być Mr. Charles Guesthouse oferujący najlepsze zakwaterowanie w mieście i organizujący trekkingi po najbliższej okolicy.


 

Następny dzień rozpoczynam lekkim śniadaniem i obowiązkową kawą w okolicznym teashopie należącym do brata Sunny'ego (trudnego imienia niestety nie zapamiętałem). Sunny między innymi doprowadził elektryczność do Hsipaw i okolicznych wiosek zaledwie kilka lat temu. Teashop znajduje się w starym, kolonialnym budynku, który jako jeden z niewielu przetrwał bombardowanie w czasie II Wojny Światowej. Właściciel pokazuje mi dziury po kulach w metalowych drzwiach na drugim piętrze - pamiątkę po wojnie. Mój przewodnik to Mr. Bean, który jednak nie ma nic wspólnego z brytyjskim Jasiem Fasolą. Jego przezwisko związane jest z faktem, że posiada sklep na głównym targowisku, gdzie handluje głównie fasolą. Idziemy w kierunku rzeki, nad którą leży miasteczko, wsiadamy na starą, drewnianą, obdrapaną łódź z silnikiem i ruszamy na wycieczkę.


 

Po obu stronach spokojnej rzeki rozciągają się plantacje owoców sezonowych (ananasy, banany, truskawki, wiele innych) i inna tropikalna roślinność na którą wolę patrzeć niż próbować nazwać. Mieszkańcy okolicznych wiosek schodzą na brzeg by się umyć lub zrobić pranie. Po drugiej stronie wesoło pluskają się dzikie, wodne bawoły szukające ochłody od upału nasilającego się z każdą minutą. Cumujemy po około 40 minutach rejsu i schodzimy na brzeg.  Kolejne pół godziny spacerujemy wśród plantacji ananasów i drzew bananowca. Miejscem docelowym jest lokalny klasztor, gdzie poza młodymi mnichami, którzy ledwo odrośli od ziemi napotykamy także mieszkańców okolicznych wiosek, którzy przyszli spędzić trochę czasu na sam ze złotym posągiem Buddy. - Zaczekasz chwilę? Chcę pomodlić się do Buddy. - bardziej oznajmia niż pyta Mr. Bean. Kiwam głową, uśmiecham się i robię zdjęcia w okolicy. Na zakończenie wizyty w klasztorze posilamy się najpopularniejszym danem regionu - Shan Noodles - lekko pikantną zupą z makaronem wyrabianym z klejącego ryżu. W drodze powrotnej do łodzi mój przewodnik opowiada mi o pokrewieństwie łączącym Szanów z Tajami, którzy podobno wywodzą się właśnie z tego regionu. - Kultura jest bardzo zbliżona. Nawet język jest w 50% ten sam. Rozumiemy się bez problemów. - mówi.


 

Kontynuujemy wycieczkę w górę rzeki, aby zobaczyć miejsce, gdzie spotykają się dwie rzeki. Mimo, że słońce mocno zaczyna dawać się we znaki, nie daję się namówić na kąpiel w kilkunastostopniowej wodzie. W drodze powrotnej odwiedzamy tradycyjną wioskę Szanów, gdzie ludzie wciąż żyją tak jakby XIX wiek nigdy się nie skończył. Drewniane domy bez elektryczności, brak jakichkolwiek zdobyczy współczesnej techniki i tradycyjny porządek dnia, gdzie wstaje się przed wschodem słońca, a kładzie spać wraz z nastaniem całkowitych ciemności zdają się nie przeszkadzać wiecznie uśmiechniętym tubylcom. Poza domami w wiosce znalazłem także studnię z wodą pitną, kapliczkę dla ducha opiekującego się wioską oraz niewielką świątynię animistyczną z figurkami słonia i tygrysa. Wycieczkę kończymy lunchem w tym samym miejscu, w którym ją zaczęliśmy - lokalnym teashopie, który przetrwał II Wojnę Światową... Mimo szczytu sezonu, w Hsipaw naliczyłem zaledwie kilka białych twarzy. W trakcie trekkingu nie spotkaliśmy nikogo poza lokalnymi mieszkańcami. Biorąc jednak pod uwagę tempo z jakim w ostatnich miesiącach Birma otwiera się na świat, ten stan nie potrwa długo.

 

Nazajutrz Sunny zabiera nas swoją Toyotą wyprodukowaną w latach 80-tych ubiegłego wieku do Mandalay. Sześciogodzinna przejażdżka po krętej, dziurawej drodze pełnej samochodów, motocykli i ciężarówek, których kierowcy z racji gabarytów swoich pojazdów, jazdę pod prąd uważają za usprawiedliwioną, jest nie lada przeżyciem. Dla pełnego obrazu dodajmy 40 stopni na zewnątrz, brak klimatyzacji wewnątrz pojazdu i kierowcę, który na ostatnim odcinku drogi polewa się zimną wodą by nie zasnąć za kierownicą. Mimo, że stan drogi jest tak fatalny, że to co mamy w Polsce jest luksusem, zarządcy uważają za usprawiedliwione pobieranie opłat za przejazd. Siedem razy na 250-kilometrowym odcinku...    

 

"To jest Birma. To miejsce jest inne, niż cokolwiek, co wcześniej widziałeś." - napisał Rudyard Kipling prawie 100 lat temu. Jego słowa są prawdziwe do dziś.


City Boy


Odwiedź także "Marek w tropikach".


Podziel się
oceń
305
5

komentarze (24) | dodaj komentarz

Twój bagaż, Twój krzyż

poniedziałek, 27 lutego 2012 19:54

 

Maszeruję pod górę ulicą w Cuzco. W jednej ręce torba podręczna, w drugiej torba z jedzeniem (przede mną dwadzieścia dwie godziny jazdy autobusem – przystanków nie przewidziano), na plecach plecak, który prawie spełnia normy bagażu podręcznego. Jak wiadomo, prawie czyni różnicę. Wszystko razem waży dobre kilkanaście kilogramów, a ja czuję się jak trekkingowy muł. A miało być „na lekko”.

 

Może i ładnie to wygląda na zdjęciu, ale nie chcecie podróżować z takim bagażem.


W kwestii wielkości bagażu tydzień czy pięć miesięcy nie robi różnicy. Ludzie, którzy w podróży potrzebują suszarek, lokówek, kreacji na bal sylwestrowy, kaloszy na słotę i pięciu par pantofli na spacery po mieście zapakują wielką walizkę nawet na krótki wypad do Mediolanu. Na wielką wyprawę, która zwykle w ich przypadku trwa dwa tygodnie, zapakują dwie wielkie walizy. Takie przypadki należy uznać za beznadziejne i życzyć dużo zdrowia lub pieniędzy na portierów, którzy będą te wszystkie bagaże dźwigać. Wszystkim, którzy sami muszą zatroszczyć się o własny bagaż w podróży mogę poradzić jedno. Przygotujcie jak najmniej rzeczy. I jak już będziecie mieć na podłodze rozłożone absolutne minimum, połowę zostawcie w domu. Z resztą ruszajcie w podbój dzikich krajów. No właśnie, czy na pewno dzikich?


Minimalnie za duży Caribee - po spakowaniu przypomina wesołego bączka i nie kwalifikuje się jako bagaż podręczny.


Zasada numer jeden – praktycznie nie ma rzeczy, której nie można kupić w podróży. Oczywiście nie mówię o wyprawie z Pałkiewiczem w dzikie ostępy Borneo. Ale turysta wyjeżdżający w region turystyczny (a naprawdę trzeba się dzisiaj natrudzić, żeby znaleźć region nieturystyczny), może założyć, że jeśli czego zapomniał, to kupi na miejscu. Lub wypożyczy. Wybieracie się do Peru na miesiąc i przez cztery dni będziecie wędrować szlakiem Inków? Możecie dźwigać z Polski sprawdzone buty górskie, z których każdy waży dwa kilogramy. Lub możecie wypożyczyć odpowiednie obuwie na miejscu, tak jak buty narciarskie pod wyciągiem. Albo uświadomić sobie, że Inkowie pokonywali ten szlak w sandałach. Więc może i Wy dacie radę w lekkich adidasach?


Plecak rozpinany na całej długości ułatwia pakowanie i wyszukiwanie ulubionych gaci.


Zasada numer dwa – wszystko waży. Przykładem moja torba podręczna, której przeznaczeniem jest obsługa rzeczy mających być zawsze pod ręką. Znajdziecie tutaj: superlekki netbook (1.1 kg), bo przecież trzeba na czymś stukać wpisy na bloga, ważąca nieco więcej lustrzanka (1.2 kg), bo przecież zdjęcia muszą być najwyższej jakości, dwa zeszyty i pióro, okulary przeciwsłoneczne, książkę (w miękkiej oprawie), filtr na obiektyw, szmatkę do obiektywu, portfel i jeszcze kilka drobiazgów. I niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego całość waży jakieś osiem kilogramów i jest niewiele lżejsza od bagażu głównego? Bo zapomniałem, że wszystko waży.


Bagaż City Boya jest bliski ideału - można nadać na podręczny i waży tylko 8kg.


Zasada numer trzy – zabierzcie jak najmniejszy bagaż główny. Oczywiście ideałem jest podróżowanie tylko z bagażem podręcznym, spełniającym normy linii lotniczych. Taki też był mój zamiar. Jest to jednak dość trudne. Po pierwsze trzeba kupić plecak, który jest wystarczająco pojemny, a równocześnie akceptowany przez przewoźników. Obecnie podróżuję z Caribee Short Hop 55. Teoretycznie jest on minimalnie za wysoki (2cm), żeby mógł być uznany za bagaż podręczny. Pozostałe wymiary mieszczą się w limitach. Jednak po zapakowaniu staje się on wesołym grubasem, którego nikt nawet nie chce mierzyć. Od razu trafia do luku bagażowego. Po drugie, często wozimy ze sobą przedmioty, których nie wolno nam zabrać na pokład samolotu, np. scyzoryk lub płyny w opakowaniach powyżej 100 ml. Nawet jeśli pamiętamy, żeby tego typu rzeczy nie pakować przed wyprawą, to zawsze możemy chcieć przywieźć z podróży piękny kindżał i już będzie kłopot, żeby wejść do samolotu tylko z jednym małym plecakiem.


Dla mnie optymalnym rozwiązaniem pozostaje nieduży, rozpinany na całej długości plecak i mała torba podręczna. Takie zestawienie pozwala się dość sprawnie przemieszczać, mieć zawsze pod ręką aparat czy dokumenty, a równocześnie szybko się przepakowywać i mieć łatwy dostęp do rzeczy w bagażu głównym. Poranne wygrzebywanie ulubionych bokserek z dna pakowanego od góry plecaka może być męczące. Narzucenie sobie ograniczeń pojemnościowych spowoduje, że waga bagażu nas nie przytłoczy, a torba podręczna nie będzie kulą u nogi podczas spacerów po mieście. Jak już wspomniałem, osiągnięcie takiego optimum wymaga sporo wprawy. Mnie jeszcze się nie udało, ale z każdą podróżą jestem coraz bliżej ideału. I za każdym razem, gdy obciążony niepotrzebnymi gadżetami dźwigam w upale swój bagażowy krzyż, obiecuję sobie, że to już ostatni raz. I że następnym razem będę bardziej uważny. Bo za duży bagaż może uprzykrzyć najwspanialszą podróż.

 

Azet


Podziel się
oceń
283
3

komentarze (42) | dodaj komentarz

Z Tupiza do Uyuni, czyli cztery dni bez łazienki

czwartek, 23 lutego 2012 2:26


Wojciech Cejrowski ongiś pisał, że wystarczy sprzedać lodówkę, żeby wyruszyć w podróż. Jeśli już nie masz lodówki, sprzedaj pralkę! Sprzedaj samochód! Poproś babcię o pożyczkę! Albo po prostu wyjmij kilka tysięcy z konta. I przyjedź na kolejny urlop na południe Boliwii, żeby przejechać starym dżipem trasę z Tupizy do Uyuni! Znajdziesz tutaj puste przestrzenie, krajobrazy zmieniające się co dwie godziny, niebo przytłaczające błękitem i bardzo niewielu turystów. Bo kto o zdrowych zmysłach wybiera się na czterodniową wyprawę, podczas której jakikolwiek prysznic pozostaje jedynie marzeniem?

 

 

Boliwia nie jest dla każdego. Fani tropików nie mają czego tutaj szukać. Ani morza, ani ciepła, ani zielonych palm. Astmatykom nie polecam. Lotnisko w La Paz znajduje się na ponad 4000 metrów n.p.m., a później jest niewiele lepiej. Nawet mój, przyzwyczajony do wysokości układ oddechowy, którejś nocy się zbuntował i odmówił na chwilę współpracy. Smakosze też raczej nie będą zachwyceni.  Kuchnia boliwijska to ziemniaki, kukurydza i ryby powodujące ostrą niewydolność układu pokarmowego w kilka dni po spożyciu. I całe mnóstwo innych, dziwnych potraw, których nie miałem odwagi spróbować, chociaż do strachliwych nie należę i chyba połowę pełzającego zwierzyńca Azji już miałem w ustach.

 

 

Warunki samej wyprawy też nie są łatwe. Nocuje się w schroniskach, gdzie o ogrzewaniu nikt nie słyszał, a umywalka z bieżącą wodą często jest zbędnym luksusem. Osoby wrażliwe często hibernują swój układ wydalniczy na te kilka dni, bo wizyta w toalecie wymaga hartu ducha i ogromnej determinacji. Turyści wożeni są samochodami pamiętającymi wczesne lata siedemdziesiąte, które to pojazdy lubią się popsuć na samym środku pustyni, powodując kilkugodzinne opóźnienie w podróży. W takiej sytuacji grupa jest zachęcana do krzepiącej drzemki na piaskach pustyni. Telefony komórkowe nie działają, pomoc medyczna nie dociera, a reakcją przewodników na wszelkie kłopoty jest wzruszenie ramionami i apel o uśmiech i wyrozumiałość - This is Bolivia, my friend!



 

Skoro nie jest różowo, to po co się męczyć, zapytacie. Bo w bardzo niewielu miejscach na świecie można doświadczyć tyle piękna przyrody w tak niewiele dni, za tak niewiele dolarów. Na południu Boliwii, na granicy z Argentyną i Chile, w cztery dni widziałem więcej cudów natury niż w wymienionych krajach zobaczyłbym w dwa tygodnie. Pustynie różnego typu, wielokolorowe laguny, aktywne wulkany, ośnieżone szczyty Andów, gejzery, gorące źródła, stada wikuni, wioski rdzennej ludności, czy wreszcie bezkresne pustynie solne. I to wszystko za połowę dziennego budżetu turysty odwiedzającego oddalone o kilkadziesiąt kilometrów San Pedro de Atacama w Chile.

 

 

Ale największym atutem wyprawy na południe Boliwii jest to, że większość turystów zachodniego świata woli wydać nawet czterysta dolarów dziennie za pobyt w chilijskich luksusach, niż ryzykować wizytę w dzikim kraju po drugiej stronie gór. I dlatego, gdy podziwiałem kolejne wulkany, z nadmiaru piękna nie wiedząc, w którą stronę odwrócić głowę, obok mnie stali tylko współtowarzysze wyprawy. A jedynymi dźwiękami była kłująca w uszy cisza. Bo w Boliwii nawet miejsca turystyczne pozwalają nam poczuć się odkrywcami, którzy mogą w samotności podziwiać wciąż nietknięte piękno przyrody. I dlatego warto czym prędzej wybrać się do tego kraju. Nawet kosztem toaletowej traumy.

 

 

Azet


Podziel się
oceń
46
7

komentarze (50) | dodaj komentarz

Sylwester po malezyjsku

czwartek, 12 stycznia 2012 16:29

Sylwestrowe emocje już opadły. Azet jak zwykle pozrzędził na otaczającą go rzeczywistość.  Ja postanowiłem pokazać Wam jak wygląda typowa "domówka" w Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Zaledwie tydzień po wylądowaniu w Kuala Lumpur, zostałemł zaproszony przez lokalne dziewczyny do wspólnego witania Nowego Roku. Poniżej trzy filmiki z przejścia w 2012 rok.

 

Michelle powoli robi się coraz bardziej wulgarna i agresywna. Zdaniem Kanadyjczyka, który przewija się na filmie, to u niej całkiem normalny objaw...

 

Kobiety bywają zmienne w uczuciach. Między agresją, a miłością jest cienka granica...


 

Z uwagi na dalsze wydarzenia, postanowiłem odłożyć aparat. ;-)

Selamat Tahun Baru! / Szczęśliwego Nowego Roku!

City Boy 

Odwiedź także mojego nowego bloga: "Marek w tropikach"! 


Podziel się
oceń
45
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 20 stycznia 2017

Licznik odwiedzin:  157 911